2011-12-06 18:21:59 >>
...
Padlina
Charles Baudelaire
Przypomnij sobie, cośmy widzieli, jedyna,
W ten letni, tak piękny poranek:
U zakrętu leżała plugawa padlina
Na ścieżce żwirem zasianej.
Z nogami zadartymi lubieżnej kobiety,
Parując i siejąc trucizny,
Niedbała i cyniczna otwarła sekrety
Brzucha pełnego zgnilizny.
Słońce prażąc to ścierwo jarzyło się w górze,
Jakby rozłożyć pragnęło
I oddać wielokrotnie potężnej Naturze
Złączone z nią niegdyś dzieło.
Błękit oglądał szkielet przepysznej budowy,
Co w kwiat rozkwitał jaskrawy,
Smród zgnilizny tak mocno uderzał do głowy,
Żeś omal nie padła na trawy.
Brzęczała na tym zgniłym brzuchu much orkiestra
I z wnętrza larw czarne zastępy
Wypełzały ściekając zwolna jak ciecz gęsta
Na te rojące się strzępy.
Wszystko się zapadało, jarzyło, wzbijało,
Jak fala się wznosiło,
Rzekłbyś, wzdęte niepewnym odetchnieniem ciało
Samo się w sobie mnożyło.
Czerwie biegły za obcym im brzmieniem muzycznym
Jak wiatr i woda bieżąca
Lub ziarno, które wiejacz swym ruchem rytmicznym
W opałce obraca i wstrząsa.
Forma świata stawała się nierzeczywista
Jak szkic, co przestał nęcić
Na płótnie zapomnianym i który artysta
Kończy już tylko z pamięci.
A za skałami niespokojnie i z ostrożna
Pies śledził nas z błyskiem w oku
Czatując na tę chwilę, kiedy będzie można
Wyszarpać ochłap z zewłoku.
A jednak upodobnisz się do tego błota,
Co tchem zaraźliwym zieje,
Gwiazdo mych oczu, słońce mojego żywota,
Pasjo moja i mój aniele!
Tak! Taką będziesz kiedyś, o wdzięków królowo,
Po sakramentach ostatnich,
Gdy zejdziesz pod ziół żyznych urodę kwietniową,
By gnić wśród kości bratnich.
Wtedy czerwiowi, który cię będzie beztrosko
Toczył w mogilnej ciemności,
Powiedz, żem ja zachował formę i treść boską
Mojej zetlałej miłości!
skomentuj (0)
2011-11-28 21:44:26 >>
Pies
Od pewnego czasu wkręciły mi się takie pieski. Shiba inu. Mały pies. Mały gabarytami, a ponoć wielki duchem.
Wiem, że psy są jak ludzie - każdy ma swój charakter, chociaż uogólnia się to na rasę, aby było łatwiej wybrać sobie pupilka. O shibach mówi się, że to mali samurajowie - niezależni indywidualiści, nie-przylepy, charakterne stworzonka. Niewiele większe od mojego obecnego psa, który waży osiem kilo, i przez którego dostaję ciężkiej zadyszki, gdy niosę go do i z lecznicy. Choć to już kwestia mej babcinej kondycji, o którą prawie w ogóle nie dbam... Lecz nie o tym.
Naoglądałam się kupy filmików z udziałem shiby. Shiba uśmiechająca się, shiba walcząca z kolegami o smakołyk, shiba chrapiąca, shiba z husky, shiba shiba shiba. W sobotę obejrzeliśmy z Mariuszem film z udziałem akity, opartą na faktach historię - nie polecam osobom, które łatwo się wzruszają. Ja ostatnio wzruszam się chyba zbyt łatwo. Nawet mi to nie przeszkadza, tylko się boję co będzie, gdy nie będzie mi wypadało uronić łzy...
Może do czasu, gdy zakupię swego pupila, albo zakupimy swojego pupila, zdecyduję, że jednak ta rasa to nie to, i potrzebuję słodkiej, przytulaśnej mordy do tarmoszenia. W taki sposób wyląduję ze spanielem, albo kluskowatym retrieverem... Póki co nie widzi mi się to. Jedno wiem na pewno. Starcie z pieskami w rzeczywistości może to wszystko zweryfikować.
skomentuj (0)
2011-09-06 17:49:06 >>
***
Im dalej od minionego weekendu, tym trudniej jest mi się zabrać za napisanie notki na jego temat.
Ku mojemu zaskoczeniu, minął w naprawdę miłej atmosferze. Zaskoczeń było
zresztą kilka i nie tylko moich.
- Po pierwsze, nastawiliśmy się na
długie stanie w cerkwi, bo te śluby rzekomo trwają po kilka godzin.
Jednak cała ceremonia została skrócona i trwało to może z godzinę. Na
szczęście, bo burczało nam w brzuchach niemiłosiernie, a ja marzłam i
nie rozumiałam prawie słowa z ruskiego obrzędu ;) Przez to nie bardzo
wiedziałam, co i kiedy się dzieje, ale nazwijmy to takim egzotycznym
urokiem tych chwil.
-
No i bardzo ciekawa sprawa. Wesele spodobało mi się, na mój gust aż za
bardzo. Byłam po prostu pozytywnie zaskoczona. I podobno dobrze
tańczyłam. Na początku musiałam doładować się odrobiną wódki, ale potem
już nie piłam w ogóle. I to też było zaskoczenie dla mojego chłopaka, że
tak bardzo się pilnowałam z piciem. Spodziewał się, że się napiję i
będę pół rodziny podrywać. Nie ma to, jak zrobić dobre wrażenie ;)
Złapałam potem ze cztery godziny snu do ósmej rano, bo bardzo poważnie
potraktowałam słowa, że kontynuujemy o jedenastej... No i zupełnie się
nie wyspałam... Po powrocie do domu ciotki, jakoś późnym popołudniem,
padliśmy martwi na łóżko. Jak się obudziłam wieczorem, to pozostała
część rodziny kimała już w najlepsze. A powrót następnego dnia? Szybszy
niż dojazd, i podrzucono mnie pod sam dom.
Zastanawiam się, ile jeszcze razy życie mnie zaskoczy. I ja siebie samą, tak pozytywnie.
skomentuj (0)